Satysfakcja lub słuszne narzekanie
Piątek 14 listopada 2014
- Złodzieje, popaprańcy, a do tego pijaki! – taką wiązankę puścił wiozący mnie przez Bydgoszcz taksówkarz, kiedy nasza niezobowiązująca rozmowa o wszystkim i niczym skierowała się nagle w kierunku nadchodzących wyborów. Owemu kierowcy chyba długo leżały na sercu problemy naszych samorządów, bo wtem, z prędkością karabinu maszynowego zaczął opisywać każdego uśmiechającego się z mijanych przez nas wyborczych plakatów, a powyższe epitety należały przy tym do najbardziej łagodnych. – No to – spytałem – na kogo właściwie ma pan zamiar głosować? – Ja? Głosować? Otóż nie będę, k…, głosować! – padła odpowiedź kierowcy, który z emocji aż poczerwieniał na twarzy. Potem przyszedł czas na wielki monolog o tym, co on, taksówkarz, robił w czasie stanu wojennego, że omal nie został drugim Wałęsą i pewnie by mu się to udało, gdyby nie ci wszędobylscy „złodzieje i zdrajcy” spoglądający nomen omen przyjaźnie z bilbordów. Przypomniałem mu delikatnie, że olewając dany mu przez demokrację przywilej o nazwie „głosowanie”, nie będzie miał w zasadzie prawa narzekać, a już na pewno używać podobnych stwierdzeń wobec wszystkich startujących – zarówno tych wygranych, jak i odstawionych na bocznicę. – Mam to gdzieś! I tak nic się tu nie zmieni, choćby w wyborach wystartował sam papież – stwierdził drajwer. Dalszą dyskusję uważałem za bezzasadną, więc dalej pojechaliśmy już w milczeniu, które raz po raz przerywały westchnienia dezaprobaty taksówkarza przy każdym mijanym plakacie.
Te wybory nie są pierwsze i zapewne nie ostatnie, które zamiast radości z możliwości wpływania na nasze życie społeczne wywołują u elektoratu niechęć, a nawet złość. W jednym nasz taksówkarz miał rację: nawet, gdyby na wójta czy burmistrza wystartował sam papież, to i tak wywołałoby to społeczną burzę, a i pewnie parę haków znaleziono by na poczciwego Franciszka. Co się więc musi zmienić, by do urn iść z uśmiechem i poczuciem obowiązku? Bo przecież nie ludzka mentalność – skoro jeden kradł, to drugi też w końcu może, prawda? Najlepiej po prostu zastosować zasadę ograniczonego zaufania – postawmy krzyżyk przy którymś z nazwisk – oczywiście przy takim, które nie kojarzy się nam z aferami czy innymi układami, a potem poczekajmy na rozwój wypadków. Jeśli będzie dobrze – to będzie dobrze. Jeśli źle – cóż, za cztery lata zmienimy zdanie. To nasze prawo. Więcej: to nasz przywilej, a przywilejów według wielu mamy wciąż za mało. Więc czemu by nie skorzystać z tego jednego z ważniejszych? Jeśli wygra nasz – satysfakcja bezcenna. Jeśli nie, trudno. Będzie się mogło przynajmniej ponarzekać. Lecz tym razem słusznie!
Wojciech Obremski
Redaktor naczelny





