Mój (nie)przyjaciel mózg
Piątek 24 października 2014
Jedni mówią, że współczesny człowiek wykorzystuje dziesięć procent możliwości swego mózgu, drudzy że zaledwie dwa. Kim więc byśmy byli, gdybyśmy podkręcili obroty swej mózgownicy do maksimum?
Nieważne: 10 czy 2 procent. W obu przypadkach to i tak kiepski wynik. Jednak mimo wszystko zbudowaliśmy nowoczesną cywilizację (choć to pojęcie względne), polecieliśmy na księżyc, niedługo założymy plantację ogórków na Marsie, a nawet, co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne, wybudowaliśmy w Polsce stadiony i autostrady. Bohaterka najnowszego filmu Luca Bessona te wszystkie rzeczy wykonałaby zapewne w parę dni. Oto bowiem, na skutek spotkania z niemiłymi panami, którzy nafaszerowali ją nieznanym narkotykiem, tytułowa Lucy z dnia na dzień staje się nadczłowiekiem. A raczej zwykłym człowiekiem, u którego mózg pracuje lepiej niż miliony komputerów najnowszej generacji. Pomysł nawet ciekawy, gorzej z jego realizacją. Widać, że twórcy filmu mają pomysł na postać do momentu, kiedy osiąga ona jakieś 50 procent możliwości swej łepetyny (wtedy może wpływać na otoczenie). Kiedy dochodzimy do 80-90 procent, zaczynają dziać się rzeczy absurdalne, a to, co dzieje się w głowie biednej Lucy przypomina bardziej sen pijaka, niż piękne wizje mózgu przyszłości. A osiągnięcie setki, mimo, że wydaje się być spełnieniem wszech czasów, wcale takie nie jest. W takim razie czym jest? Na to pytanie każdy widz niech odpowie sobie sam. Bo mimo wszystko obraz polecamy. Chociażby dla wartkiej akcji oraz profesjonalizmu Scarlett Johanssson i Morgana Freemana.
Wojciech Obremski





